poniedziałek, 26 września 2016

Jak świadomie nie zostałam minimalistką







Jakiś czas temu znalazłam stary tekst , jeszcze z czasów studenckich czyli z 50 lat temu, he , żartuję.
Tekst jest z 2004 roku , czyli jeszcze sprzed Internetów jakie znamy, a przede wszystkim sprzed wielkiej mody na MINIMALIZM ( szczególnie wśród blogerów :))


O MINIMALIZMIE SUBIEKTYWNIE pisałam już kilka tygodni temu , a dziś stary tekst mówiący o tym jak konsekwentnie dążyłam

drogą nie-minimalisty. :)


czyli


O rzeczach, wolności i przemijaniu - myśli luźne




"....w domu wszystko zaczynało tonąć pod nawałem przedmiotów, sprzętów, książek, talerzy, szpargałów, pustych butelek, zaczęła się wyniszczająca wojna w której skazani byli na przegraną; dusili się ..."


                                                                                                                      "Rzeczy" Georges Perec






Żyjemy w świecie materialnym i to żadne epokowe odkrycie : zewsząd otaczają nas

przedmioty.


Od samego początku - ulubiony miś, ulubiona książeczka, kubek, pióro, kurtka, samochód itd.
I to już nawet nie chodzi o przerabiany od dziesiątek lat temat 

społeczeństwa konsumpcyjnego 


( którego rewelacyjną krytyką była między innymi cytowana na wstępie powiastka Pereca), społeczeństwa w którym kult rzeczy zastąpił wszelkie wartości niematerialne - a o to, że przerażający jest sam fakt istnienia potrzeby 

gromadzenia,


otaczania się przedmiotami, budowania z nich muru wokół własnej osoby, ubierania w nie siebie i własnego otoczenia.
I nie myślę tutaj o rzeczach szczególnie kosztownych, markowych, "trendi", " kól ":) - lecz nawet o tych zwykłych, codziennych, najdrobniejszych.
W jakimś momencie stają się one czymś w rodzaju 

wygodnych ( papierowych ) tarcz - 


właściwie nic nie trzeba mówić, niczego wyjaśniać, wystarczy pokazać czym się otaczamy.
Po co ponosić trud opowiadania o sobie, skoro one - rzeczy - zrobią to o wiele skuteczniej, a na pewno bezboleśnie.
W jednym z moich (wielu!)ulubionych filmów 

"Fight Club" Davida Finchera


główny bohater ( grany rewelacyjnie przez Edwarda Nortona) opętany obsesją GROMADZENIA - zadaje sobie dosyć przewrotnie pytanie : "Jaki typ serwisu do kawy określałby mój charakter?."
Pokaż mi czym się otaczasz a powiem Ci kim jesteś?
Banał?
A jednak.
Czy gdyby wyabstrahować się kompletnie ze środowiska w którym żyjemy, wyrwać z kontekstu ( rzeczy  właśnie), czy nasz obraz nie uległ by zmianie?





Sama ( z sadomasochistyczną przyjemnością ) bardzo często dokonuję na sobie takich eksperymentów, przede wszystkim za sprawą corocznych wakacyjnych wyjazdów do jednego z większych miast w Niemczech ( w celu polepszenia - Ha! - sytuacji materialnej :)).
Tam wśród innych studentów, z całej w gruncie rzeczy Europy (wschodniej :)) doświadczam takiego uczucia oderwania, wycięcia z kontekstu.
Bez mojego przeładowanego rzeczami pokoiku akademickiego, bez stosów książek, filmów, makiet projektów semestralnych, kikutów marionetek, zdjęć - bez rzeczy i przedmiotów określających charakter naszych studiów i to co mnie aktualnie pociąga i fascynuje przestaję być tą 

Personą


jaką jestem wśród moich znajomych, rodziny - w miejscu w którym na co dzień żyję.
Oczywiście mówię tutaj o tym czysto powierzchownym wizerunku, o tym, który tworzy się niejako "pomiędzy słowami".
Nie zapominam przecież kim jestem i co lubię tylko dlatego, że z zasięgu wzroku znikaja przedmioty, które mi o tym przypominają...
To bardzo

oczyszczające uczucie - 


sprawdzić jak postrzegają Cię ludzie, którzy nic o Tobie nie wiedzą, a z którymi jesteś zmuszony przebywać po 10 godzin na dobę ( ubrany w mało gustowny fartuch niczym nie wyróżniający Cię z tłumu innych tego typu fartuchów) z dala od miejsca w którym na co dzień żyjesz i tych wszystkich rzeczy które jakoś Cię tam określają.

Zabawne było na przykład usłyszeć, że absolutnie NIE WYGLĄDAM na studenta ASP i zobaczyć na twarzach niekłamane zdziwienie.
Swoją drogą mam wrażenie, że wszyscy tam trochę 

odpoczywamy OD SIEBIE


...bo jakoś nikt nigdy nie kwapi się , by opowiadać o tym co na co dzień porabia w życiu, albo po co mu te pieniądze, które właśnie zarabia.
Jest to wręcz czymś na kształt tematu tabu - tworzymy jakąś społeczność , o dosyć specyficznym klimacie ( na co wpływa charakter wykonywanej przez nas pracy i specyficzne miejsce - szpital) , całkowicie oderwaną od rzeczywistości i liczy się tylko 

TU i TERAZ.


Trochę to przypomina relacje i zależności jakie tworzące się w wirtualnej, internetowej rzeczywistości, ale to już zupełnie inny temat.

Sam fakt gromadzenia nie jest może czymś nienaturalnym, czy szczególnie osobliwym, do momentu , gdy zaczynasz czuć, że 

przestajesz nad tym panować.


Nie chcę popadać w przesadę. Daleko mi od ascetycznego trybu życia - lubię otaczać się przedmiotami i pewno będę - tylko czasami pojawia się strach, że jeszcze chwila, a nie ruszę się z miejsca 


przytłoczona ogromem rzeczy ulubionych.


Coraz więcej wokół mnie przedmiotów z którymi nie sposób się rozstać, bo albo przypominają coś co było ( kolejna próba zatrzymania czasu, kolejny dowód na istnienie :)), albo zwyczajnie - cieszą oko.
Z przerażeniem obserwuję co stało się z moim akademickim pokojem w przeciągu tych czterech lat;
ze schludnego , wręcz sterylnego miejsca z jednym stołem, łóżkiem i szafą zamienił się w niekiedy niebezpieczną dla życia ( ze względu na niepewność i niestabilność sprzętów ) norę.
Nieustannie pojawiają się nowe półki, pół roku temu zainstalowałam antresolę o wymiarach 150/250, która obecnie ugina się pod ciężarem różnego rodzaju szpargałów( oczywiście tylko niezbędnych :)).

Sprzęty i przedmioty atakują ze wszystkich stron, moja przestrzeń życiowa coraz bardziej się kurczy i powoli mam wrażenie , że nie ma dla mnie miejsca w moim własnym pokoju !.

Główny bohater "Fight clubu" stwierdziwszy, że jego rzeczy zaczynają panować nad nim, wysadził swój piękny, luksusowy apartament w powietrze...( pomijam fakt, że zrobił to w momencie epizodu schizofrenicznego, wywołanego długim okresem bezsenności).

Ja raczej nie posunę się do tak radykalnych kroków :), ale czasem mam ochotę wyjść z pokoju, zamknąć za sobą drzwi na cztery spusty, a klucz wyrzucić do Motławy...
.....i pewno zaczęłoby się


GROMADZENIE od nowa - 


tyle że w innym miejscu i może nieco innych rzeczy...

Z nostalgią wspominam czasy, gdy wszystkie najistotniejsze rzeczy można było na własnym grzbiecie wynieść, bo mieściły się jeszcze w jednym plecaku.
To jednak dawało poczucie jakiejś tam ( choćby złudnej ,ale zawsze) 


wolności



Może mam zadatki na kloszarda, a może po prostu wkraczam w swoim życiu w okres małej stabilizacji i ( jak wszyscy przede mną i po mnie :)) odrobinę się tego obawiam i bronię.

A tymczasem pójdę chyba zawiesić kolejne półki..


Uspokoję Was - nie, nie spadła na mnie w końcu ta własnoręcznie skonstruowana antresola. :) 
Jakoś wygrzebałam się z tego pokoiku i poszłam sobie




gromadzić rzeczy w innym miejscu ! :).




7 komentarzy:

  1. A ja właśnie jestem takim minimalistą jeśli chodzi o posiadanie. Nie widzę np. potrzeby nowszego telefonu, lepszego laptopa, kolejnej pary spodni jeśli to co mam jest wystarczające. To całkiem praktyczne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a wiesz no to w pełni rozumiem :). Jestem osobą która jako ostatnia wśród znajomych posiadła komórę :)i w dodatku służyła mi chyba z 8 lat ( teraz mam drugą :)). No ale GROMADZĘ. Głównie pierdoły : książki, pamiątki ,zdjęcia, stare meble itp. Pozdrawiam

      Usuń
  2. Problem ten konsupcyjności i materializmu wciąż rośnie, już nie tylko w miastach ale to przychodzi na wieś (wyobraź sobie 10 kiczowatych krasnali w ogródku pzred domem- a to dopiero początek kolekcji!)

    O tym temacie można spokojnie pisać książki, ale fajnie że trafiłam na niego tutaj ;) fajnie napisane i znowu wpis skonił mnie do oglądaia filmu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślałam ,ze krasnale już zniknęły z naszych krajobrazów..;) A film to koniecznie! Polecam również ( a może zwłaszcza) książkę "Fight Club" Chucka Palahniuka na podstawie, której film został nakręcony.

      Usuń
  3. Chyba większość z nas ma problem z gromadzeniem... ja kilka dni temu wygrzebałam ze swojej przepastnej szafy dwie wielkie siaty ciuchów... super fajnych, czasem nowych... w których nie chodzę, no bo przecież nie mam w co się ubrać! Planowałam zostawić je pod śmietnikiem, ale mi trochę szkoda... zrobiłam zdjęcia i powystawiałam za 10-20 zł - chyba łatwiej sprzedać za kilka zł niż wyrzucić ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja teraz, dzięki podróżowaniu, zaczęłam i w moje życie wtłaczać minimalizm. Nie dlatego, że to modna - ale dlatego, że do tej pory czułam się przytłoczona ilością zbędnych rzeczy. Staram się do granic uprościć, ułatwić swoje życie - od razu jest mi lżej!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja osobiście jestem minimalistką, dodatkowo jestem bardzo zorganizowana. Lubię mieć tylko potrzebne rzeczy pod ręką :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń