sobota, 9 kwietnia 2016

Czy trzeba dzieci uczyć porządku ?



Kilka tygodni temu pisałam o poradach projektowych dotyczących utrzymania porządku w pokoju dziecięcym - "JAK UTRZYMAĆ PORZĄDEK W POKOJU DZIECKA", a dziś spróbuję zastanowić się nad samą istotą problemu.


W internecie znajdziecie mnóstwo poradników na temat tego jak uczyć dzieci porządku, że należy od najmłodszych lat i żeby pomagać i aktywnie uczestniczyć , zamienić w zabawę , nie karać sprzątaniem a przede wszystkim dawać samemu przykład, no i nie odpuszczać, bo wiadomo czym Jaś od skorupki tym Jan na starość...


Przerobiłam przez ostatnie 8 lat chyba wszystkie metody i nie działa niemal nic, no ewentualnie groźba wciągnięcia co mniejszych skarbów odkurzaczem.
Są nawet momenty,że odpuszczam.

Bywa, że nie chce mi się walczyć o każdy papierek, tłumaczyć dlaczego tak należy, a nawet trzeba.
Wyjaśniać,że to ułatwia życie, że potem nie trzeba pół dnia szukać ulubionej gumki, że to jak siku, kupa i mycie, czy wysłuchiwać opowieści,że ten papierek już był 3, 5 dni, rok temu posprzątany i tajemniczym sposobem znalazł drogę powrotną do tego łóżka.


Potem znów duch walki się we mnie odzywa, szczególnie gdy mam dużo spraw na głowie i znów tłumaczę zachęcam, grożę, motywuję, zgrzytam zębami i pluję.


Aż jakiś czas temu oświeciło mnie .
Az przysiadłam z wrażenia od iluminacji jakiej doznałam!!!.



Czy naprawdę TRZEBA uczyć dziecko porządku ?




Czy jeżeli dzieciak niemal się od kołyski przeciw temu buntuje, czy naprawdę warto "łamać " mu charakter i przysparzać sobie siwych włosów i kolejnych zmarszczek? .
Czy to naprawdę jest tak istotne ?

Tym bardziej ze dziecko przejawia tak wiele innych talentów: jest bystre, inteligentne , ma poczucie humoru, szybko się uczy, UWIELBIA SIĘ UCZYĆ i bawić w nauczanie. Jako 6 -latka zaczęło poznawać język obcy i jako 8 latka dość biegle nim włada ( nie, nie, nie mam świra na punkcie edukowania własnych dzieci - sytuacja nas zmusiła, bo jesteśmy emigrantami ) i od dłuższego czasu tworzy własne materiały edukacyjne (całkiem fajne i od strony merytorycznej i graficznej - mówię to Wam ja- mamma - projektant :).





Szukając materiałów do tego tematu, natrafiłam na artykuł Żudit: dotyczący właśnie takiej tresury porządku od najmłodszych lat.

Autorka wysuwa tezę, że właśnie dlatego, że była w dzieciństwie poniekąd zmuszana do wszelkich dziewczyńskich prac, teraz szczerze ich nie cierpi i jest fatalną gospodynią. (Jako przykład przytacza anegdotę o wypraniu metalowej latarki w dodatku włączonej):).

U mnie było zupełnie inaczej .

Jako dziecko nie musiałam NIC robić.

Czasem rodzice ponarzekali, że bałagan straszny, drzwi zamknęli i powrócili do swoich WAŻNYCH, dorosłych spraw..
A ja w swoim królestwie sprawowałam władzę absolutną.
Raz na jakiś czas miałam akcję sprzątanie - wyjmowałam więc wszystko z szaf i kładłam na podłogę i próbowałam posegregować skarby.
Kończyło się zwykle wielodniowym przeglądaniem ulubionych naklejek, rysunków, zapisków , listów powyciąganych nie wiadomo skąd.

Jako dorosła już osoba narzekałam na styl wychowania moich rodziców, na to że nie miałam żadnych obowiązków i na to że nie próbowali mnie uczyć podstawowych rzeczy.
Uważałam, że przez to na pewno nie sprawdzę się w roli "gospodyni".

Gdy nadszedł czas (czyli gdy założyłam rodzinę) wszystko się naturalnym biegiem rzeczy zmieniło.
Okazało się, że mam podobno talent kulinarny (mąż przez pierwsze lata mówił, że minęłam się z powołaniem i powinnam restaurację otworzyć - teraz już tego nie mówi, ale zrzucam to na karb długoletniego związku :)).
Wszystkie typowe prace domowe uwielbiam, no może poza sprzątaniem, ale za to lubię i MUSZĘ mieć porządek wokół siebie więc nawet się nad tym nie-lubieniem głębiej nie zastanawiam.
Lubie gotować z naciskiem na eksperymentować ( jako niegdysiejsza bałaganiara mam problem z zapisywaniem przepisów więc ciężko u mnie trafić w te same ciasta czy inne dania.Ciągle robię coś nowego).

Uszyję, przemaluję, odnowię, potnę, przepiłuję, zbuduję na nowo, dorobię czego brakuje, upiekę chleb, zrobię konfiturę, sok i mleko choćby z kokosa ;).

No normalnie gospodyni idealna ;).

I jeszcze do tego przez cały okres posiadania rodziny starałam się być aktywna zawodowo.
Co było w sumie dość wyczerpujące.
Ale dla mnie zarówno praca jak i dom to równorzędne pasje :).( Oczywiście są problemy, natury różnej i często nie jest kolorowo - i z praca i w domu.)

Nie powiem też, że mam ciągle idealny porządek, bo to nieprawda (są dla mnie rzeczy ważne i ważniejsze - mniej ważny np. jest kurz na półkach z książkami. A jak intensywnie pracowałam ,dzieci były małe, a mąż daleko - w domu wykonywałam tylko podstawowe, niezbędne czynności ), ale najistotniejsze jest to, że po prostu lubię być panią domu i wszelkie z tym związane prace .

I nie wiem czy gdybym była jako dziecko do nich regularnie zmuszana (bo wtedy tego typu zajęcia leżały poza obszarem moich zainteresowań :)) nie spowodowałyby to awersji do tego typu zajęć w życiu dorosłym .
Może ten ogrom swobody, który jako dziecko naprawdę miałam pozwolił mi na powolne, ale świadome dojrzewanie do pewnych rzeczy.

Może podobnie jest z 1 z moich córek.
Może powinnam jej jednak odpuścić?

Tylko

jak to przetrzymać?



Może np. ustalić kilka ważnych punktów, które muszą być odhaczone?

- w łóżku tylko pidżama i łóżko zasłane,
- w tornistrze tylko to co trzeba,
- brudne rzeczy oddzielone od czystych
- gdy zasiadamy do odrabiania lekcji biurko musi być posprzątane .
- sprzątanie generalne zarządzać rzadziej :). - samemu, dyskretnie, podczas nieobecności dziecka usuwać bardziej groźny bałagan, tak by nic się nie zalęgło czy wykluło. :)
- albo np. przehandlować z dzieckiem posprzątanie jego pokoju na inny obowiązek np. obranie ziemniaków, pokrojenie warzyw na obiad . W końcu są pewno rzeczy które dzieciak choć trochę lubi?

Absolutnie nie można stwarzać błędnego wyobrażenia, że bałagan się sam, w jakiś magiczny sposób posprząta.
Dziecko musi mieć świadomość, że jak natnie papierków do kostek - symulujących opady śniegu - to KTOŚ później będzie to MUSIAŁ posprzątać.

Jeżeli tej świadomości mieć nie będzie to może później wyrosnąć na dwudziestoparoletnią studentkę, która w wynajmowanym mieszkaniu nie dotknie przez 9 miesięcy szczotki do toalety...

Znam z autopsji.

Wynajmowaliśmy kiedyś nasze mieszkanie 3 studentkom ( wywodzącym się notabene z porządnych, pachnących czystością domów!), które min. zostawiły nam toaletę z tak grubym osadem, że wezwany hydraulik poradził nam demontaż i montaż nowej :).
Ostatecznie pomógł kwas solny. :).
Myślę ,że tu problemem był fakt, że dziewczyny w swych domach były po prostu odsuwane od tak przyziemnych, prozaicznych spraw jak czyszczenie toalety.
Przypuszczam, że tego typu prace wykonywała jedynie magiczna, niewidzialna ręka mamy..:)
Nie mam zamiaru być tą "niewidzialną ręką" i zawsze informuję, że usunęłam skutki wieczornego tornada i spodziewam się przynajmniej pięknej laurki, albo śniadania do łóżka w weekend :), ale postanowiłam tez nieco "odpuścić" i pozwolić córce dojrzewać do pewnych rzeczy swoim tempem.:)

Rys.: Design Your Home with me




16 komentarzy:

  1. Na pewno zgodzę się ze stwierdzenie, że dziecko nie może mieć świadomości, że bałagan sam w magiczny sposób znika. Jeżeli bałagan go przerośnie to ostatecznie samodzielnie zacznie sprzątać. Niestety znam przykłady z dorosłego życia, gdzie kobiety mające prawie 30 lat nie potrafią zadbać o własne cztery kąty i żyją w totalnym syfie. Wszystko dlatego, że mama sprzątała ich pokoje do momentu aż się z nich nie wyprowadziły na studia. Podczas studiów natomiast przyjeżdżała regularnie do innego miasta i zajmowała się porządkami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może właśnie sposobem na takie dzieciaki jest nie sprzątanie po nich :). Jak same w syfie utoną to może zaczną dbać o prządek. Tylko weź to przeżyj ...;)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie rodzice wychowywali podobnie jak Ciebie, z tym że o ile w swoim pokoju mogłam mieć syf, tak w części ogólnoużytkowej miałam swoje obowiązki, między innymi mycie naczyń, zachowanie porządku w kuchni i odkurzanie. Dziś tego wszystkiego nienawidzę i robi to mój narzeczony, ale to czego nie kazano mi robić, robię teraz z dziką przyjemnością :D Nawet okna lubię myć, na punkcie pościelonego łóżka mam fioła, a kurzu to już w ogóle nie jestem w stanie znieść :D

    Czyli chyba coś w tym jest, że to do czego nas zmuszają, to będzie to najbardziej znienawidzone ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Uczenie dzieci porządku to naturalna rzecz w wychowaniu, im wcześniej tym lepiej, a chwile buntu można spokojnie przeczekać. Byle nie terroryzować dzieci. Moje wiedzą, że jak same nie posprzątają po sobie, to nikt inny za nich tego nie zrobi, więc czasem jest bałagan przez dłuższy czas, ale to ich pokój, więc ich sprawa. Poza tym wiedzą, że wśród porozrzucanych zabawek i rzeczy trudniej jest cokolwiek znaleźć. Generalnie dzieci bardzo pomagają mi w ogarnianiu domu. Nie mogę narzekać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz , ja mam podobne podejście i tego próbuję dzieci uczyć.
      Ale jedno młodsze naturalnie niemal zawsze wszystko po sobie posprząta , nawet jak się bawi to jest w tym jakiś porządek , a na starsze tak jak pisałam - nie działa nic. Możesz mówić 1000 razy, nie zapamięta/nie chce zapamiętać. Nie wiem. I wymuszanie takiego podstawowego porządku ( nie mówię o wielekim sprzątaniu - tylko o prozaicznych sprawach - typu ułożenie pidżamy , a nie porzucenie jej na podłodze w łazience )generuje co dzień mnóstwo złej energii i stąd te moje przemyślenia , aby częściowo odpuścić..

      Usuń
    2. Może to jest jak z talentami, niektórzy mają do czegoś zdolność a inni kompletnie nie ;) Jak byłam dzieckiem, też nie potrafiłam sprzątać, co więcej bałagan zupełnie mi nie przeszkadzał. Teraz nie lubię bałaganu (czyli jednak wyszłam na ludzi! :D ), ale utrzymanie porządku nadal jest dla mnie ogromnie trudne.
      Może faktycznie czasem trzeba odpuścić, ale na pewno nie całkowicie, żeby nie było takich sytuacji jak z tymi studentkami. :p

      Usuń
    3. Pewno tak jest z talentami :), zresztą miałam podobnie ;). Paradoksalnie "pomogło" założenie rodziny i posiadanie dzieci ;). Miałam 2 wyjścia albo się jakoś ogarnąć i zapanować nad tym co wokół albo utonąć w syfie hehe :)

      Usuń
  5. Jako dziecko wychowywałam się w domu wielopokoleniowym. Nikt mi nie kazał sprzątać bo zawsze ktoś się przemknął i w domu było czysto. Nikt za to nie sprzątał mojego pokoju. Tam odkąd pamiętam raz w tygodniu wkraczała mama i pomagała mi sprzątać. Nie musiałam ale jak widziałam jak traktuje moje kochane rzeczy to pomagałam jej ....czy tam ona mi:P Teraz mam dwie córki . Starsza wie że ma tylko pozbierać zabawki w salonie wieczorem. w swoim pokoju może mieć jak chce ale kiedy patrzy jak ja sprzątam podobnie chce ścierkę i płyn. Ma 4 latka nie oczekuję więc cudów - sprząta góra 15 minut ale i tak starczy ...ważne że obserwuje i widzi że my sprzątamy. Myślę że nic na siłę za to siła obserwacji jest duża. No zweryfikuję za parę lat

    www.kobietawielozadaniowa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach! rodzina wielopokoleniowa to moje marzenie. Zazdroszczę. Dziecko w takiej rodzinie zupełnie inaczej funkcjonuje. Uczy się życia poprzez obserwację przedstawicieli poszczególnych pokoleń. Poza tym nawiązuje bliższe relacje z wieloma członkami rodziny i to chyba trochę rozładowuje napięcie... Czasami jak się w dzisiejszych, nowoczesnych rodzinach przebywa 24 h z dzieckiem , albo dwoma i to np. na emigracji ( bez bliskich kontaktów rodzinnych) to atmosfera czasami może być zbyt gęsta ;).
      A co Twojej 4-latki obserwującej i biorącej przykład to mam w domu podobną ;). Jak jesteśmy same to często bawi się ze mną w sprzątanie :). Jedynie pierworodne 8-letnie dziecię broni się jak może przed tym braniem przykładu z reszty...Uczę się to akceptować ;)i obracać w żart , bo inaczej sfiksuję ;)

      Usuń
  6. Ja jestem mama trójki dzieci, z czego 2 sztuki już wyrosły na dorosłych ludzi i robią bałagan na swój rachunek. Do wieku nastoletniego było w miarę ok, ale potem przestałam jakkolwiek nad tym panować. TRA-GE-DIA :) Więc zostało mi zamykanie drzwi. Teraz już mieszkaja samodzielnie i coraz lepiej sprzątaja. Może to jest klucz do sukcesu? Idę na Fb polubic Twój blog. Basia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj , nie pocieszyłaś ;).Pozdrawiam i dzięki za polubienie :)

      Usuń
  7. O dzieciach i sprzątaniu nic nie powiem, ale jakie ładne ilustracje!!! Więcej prosimy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :). Będą na pewno ;).Mam w domu 2 "artystki" i choćbym sama nie chciała ( a chcę zawsze ;))to mnie zapędzą ;)

      Usuń
  8. ja mam mocne postanowienie nie ingerowania w przestrzeń dziecka. zabawki mogą być porozwalane (o ile się na nich nie potykam), w tornistrze może mieć co chce (ale jednak nie spleśniałe kanapki), lekcje odrabia przy takim biurku, jak mu wygodnie (jego lekcje, jego biurko więc co mnie obchodzi czy ma na nim bałagan czy nie).
    zobaczymy jak to w praktyce wyjdzie, ale sami mamy straszny bałagan i nawet pies obgryzający wszystko, co zostało rzucone na ziemię nas nie nauczył odkładania na półki, więc dziecko też raczej będzie miało luz (i pozjadane zabawki, chyba że wpadnie na to, żeby je sprzątać ;)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe co z tego wszystkiego wyniknie :) Może wychowacie prawdziwie wolnego i odpowiedzialnego człowieka. ( bo może sam zacznie układać jak mu pies pożre ulubioną zabawkę :))

      Usuń